dalej

Boskie Światło

05.12.2013 Tekst i zdjęcia Jacek HUGO-BADER

Wyprawa na Broad Peak w poszukiwaniu ciał Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego

Część I - Prolog
Reportaż zawiera materiały wideo, które najlepiej prezentują się w najnowszych wersjach przeglądarek, a do płynnego odtwarzania potrzebne jest łącze szerokopasmowe. Czasami trzeba trochę poczekać, żeby strona poprawnie się załadowała lub otworzyć ją w innej przeglądarce, np. Chrome. To pierwszy multimedialny reportaż Gazety Wyborczej. Postaramy się, by kolejne były jeszcze lepsze i dostępne dla jak największego grona Czytelników. Jeśli macie uwagi albo chcecie podzielić się opinią o reportażu, piszcie na listy@wyborcza.pl.
Pierwsi zimowi zdobywcy Broad Peaku
T. Kowalski, M. Berbeka
A. Bielecki, A. Małek
Fot. PHZ
Wejście na Broad Peak - interaktywna infografika
Światło czołówki Macieja Berbeki było widać z dołu jeszcze nad ranem, ale ani on, ani Tomasz Kowalski, jego o ponad połowę młodszy partner, nie wrócili do bazy po pierwszym w historii zimowym wejściu na liczący 8047 metrów Broad Peak w górach Karakorum. Adam Bielecki i Artur Małek, dwaj ich silniejsi towarzysze wspinaczki, szczęśliwie zeszli ze szczytu.
5 marca 2013 roku - siódmy w historii zimowy atak na tę górę.
- Szarża w stylu lat 80. - mówi Adam Bielecki. - Myślę, że w niechlubny sposób nawiązaliśmy do polskiej tradycji szaleńczego ataku za wszelką cenę! Kluczowa decyzja zapada w czasie krótkiego postoju przed Rocky Summit, przed wierzchołkiem głównego szczytu. To chwila, kiedy każdy z nas musi zdecydować, czy da radę. Było jasne, że jedziemy po bandzie, przekraczamy granicę. Bezpieczeństwa. Ja mam pełną świadomość, że na szali kładę swoje życie.
- Cztery osoby podejmują taką samą, nierozsądną decyzję.
- Ale każdy tylko w swoim imieniu. Jak ja, dwudziestodziewięcioletni szczyl, co tylko zaczął się wspinać, mam mówić Maćkowi, co on ma robić. Przecież jest naszym liderem. Naszym guru. Rozmawia przez radiotelefon z Krzysztofem Wielickim, szefem wyprawy, który został w bazie na dole i słyszy, że jest późno, powinniśmy zawrócić. A Maciek, że idziemy do góry. To jak pięćdziesięcioparoletni facet mówi, że da radę, to ja nie dam?!
Pierwsze zimowe wejście na Broad Peak
W marcu 2013 roku Maciej Berbeka, Adam Bielecki, Tomasz Kowalski i Artur Małek wyruszyli, by wejść na Broad Peak - 8047 m n.p.m., na granicy Chin i Pakistanu.
Wszyscy zdobyli szczyt 5 marca między godz. 17.30 a 18. Dwaj z nich - Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski zostali tam na zawsze.
Mapa z
maps.google.com
- Wielicki mówił, że jechaliście tam pisać historię. Zatem był to atak nie do zatrzymania.
- Być może dla niego. Maciek dałby radę, ale ruszył w górę. A ja jestem przerażony. Strasznie późno! To gonię, ile sił. Przed każdym wyjściem w góry każdy wspinacz ustala sobie, albo zespół ustala, deadline (dosłownie - linię śmierci), czyli termin, czas, kiedy trzeba zacząć wracać.
Tak samo powinno być przed atakiem na Broad Peak. Adam Bielecki twierdzi, że mieli wspólne ustalenia. Jeszcze za dnia muszą zdążyć wrócić ze szczytu na przełęcz. Dalej do szturmowego obozu IV mogą schodzić przy świetle latarek.
Ale już na tym postoju przed Rocky Summit dla wszystkich wspinaczy musiało być oczywiste, że to niemożliwe. Zabraknie czasu. Od tego momentu każdy szedł w swoim tempie. Spieszyli się. Sprawnie prowadzony atak zmienił się w indywidualną walkę o przetrwanie.
Pierwszy, o godzinie 17.20, na szczyt dotarł Adam. Spędził tam minutę, może dwie i zaczął schodzić, a właściwie zbiegać, uciekać. Minął się z Arturem, który dotarł na wierzchołek kilkanaście minut po nim, a jeszcze po kilkunastu z Maćkiem i Tomkiem. Szli razem.
Adam Bielecki na szczycie (Fot. materiały prasowe)
- Na zdjęciach Artura widać, że właśnie zachodziło słońce - mówię. - Już dawno nie powinni iść do góry.
Artur Małek (Fot. PHZ)
- Nie powinni. Ale w tym miejscu decyzja o odwrocie nie ma sensu. Głupio zawracać, skoro są tak blisko. Już jest jasne, że wszyscy będziemy schodzili po nocy.
Część II - Karawana
Alicja - grań Kościelców
Nim jeszcze tragiczna, ale jednak zwycięska, czy też zwycięska, ale tragicznie zakończona wyprawa powróciła z Karakorum do Polski, Jacek Berbeka, młodszy brat Macieja, również doświadczony himalaista, ogłasza, że organizuje ekspedycję, która najbliższego lata rusza na Broad Peak po ciała zaginionych zdobywców. Mówi, że nie może pozwolić, żeby jego brat poniewierał się tam jak śmieć, żeby leżał na widoku, był oglądany, dotykany, fotografowany przez ciągnących tamtędy uczestników kolejnych wypraw, żeby jego portrety trafiły do internetu. By nie był - Boże drogi! - źródełkiem himalajskich suwenirów, pamiątkowych guzików, sprzączek, pętli, karabinków…
Rzecz jasna wyprawa Jacka ma szukać obu zaginionych wspinaczy. Towarzyszyć mu mają Krzysztof Tarasewicz i Jacek Jawień, himalaiści z tęgim doświadczeniem i dorobkiem, oraz ja, a przez pierwsze dni pobytu pod Broad Peakiem także rodzice i narzeczona Tomka Kowalskiego.
- Do dzisiaj zasypiam i budzę się każdej nocy z myślą, że gdyby obok Tomka byli ci silniejsi tego dnia, to wiem, że dałby radę - mówi tuż przed wyjazdem w Karakorum jego matka Alicja. - Było ważne, żeby nie siadać. On usiadł. I potem nie miał siły, żeby wstać, a nie było nikogo, kto by mu w tym pomógł. To nieprawda, że nie można było zwolnić, poczekać, stanąć. Bo zamarzniesz. Mój syn przetrwał w tych warunkach do rana.
Po raz ostatni połączył się radiowo z bazą 6 marca o godzinie 6.20 rano.
Na dzień przed atakiem szczytowym Tomek pisał w mailu do rodziców, że do szturmu idą we czterech, że daje mu to potężne poczucie siły, mocy, poczucie bezpieczeństwa, jakie od dziecka dostawał tylko od nich, kiedy w nosidełkach na ojcowych plecach albo na własnych nogach przemierzał całe Tatry. Bo góry to ich rodzinna pasja, namiętność. To rodzice obu synom zaszczepili zamiłowanie do gór. Tomek miał tylko 12 lat, kiedy rodzice zabrali go na ubezpieczane drogi wspinaczkowe w Dolomitach.
- Od małego nie umiał zwyczajnie przejść obok kamienia, drzewa czy płotu, żeby na niego nie wleźć - opowiada Ala. - Nie wspiąć się. Zawsze pociągały go rzeczy, o których inni nawet by nie pomyśleli.
Szczęście nasze największe, nasza radość, duma. Nogi synów - naszymi nogami, ich ręce - naszymi rękami, oczy - oczami, myśli - myślami, krew z krwi, kość z kości…
Ostatni raz wspinali się razem w Tatrach. Wtedy Tomek był przewodnikiem. Zabrał rodziców na całkiem wymagające drogi - Płytę Lerskiego i grań Kościelców. Był bardzo z nich dumny.
- A nam zaświtało w głowie, żeby synom zaszczepić jakieś inne pasje. Robili w górach coraz trudniejsze drogi, zwyczajnie zaczęliśmy się bać. No i obaj mają patenty żeglarskie.
Ale już było za późno. Żadnego to żeglarstwo nie wzięło tak jak góry.
- Tomka nie ma - mówi Alicja na kilka dni przed wyjazdem w Karakorum - a ja czuję, jakby połowy mnie nie było. Muszę się pożegnać. Bardzo wątpię, czy będę umiała zachwycać się tymi najpiękniejszymi górami, na które będę patrzyła.
Jacek - tatrzański skrajny
Jacek Jawień z autorem (Fot. Krzysztof Tarasewicz)
Z Jackiem Jawieniem z Tychów, zawodowym ratownikiem GOPR-u i himalaistą, pierwszy raz rozmawiam już w górach, po przylocie do stolicy Pakistanu Islamabadu, po trzydniowej podróży samochodami do wioski Askole w Karakorum. Tutaj sformowana została nasza karawana kilkudziesięciu tragarzy z jucznymi końmi, osłami, mułami i ruszył nasz trekking do bazy pod Broad Peakiem.
Fot. Jacek Hugo-Bader
- Ty masz synka i córcię - mówię do Jacka na pierwszym biwaku.
Wyprawa poszukiwawcza Jacka Berbeki na Broad Peak
Wyruszyła z Warszawy 16 czerwca 2013 roku. W ekspedycji poza jej szefem - Jackiem Berbeką, bratem Macieja, wzięli też udział Jacek Jawień, Krzysztof Tarasewicz i Jacek Hugo-Bader, a przez pierwsze dni także Alicja i Marek Kowalscy, rodzice Tomka, oraz jego narzeczona Agnieszka Korpal.
27 czerwca wyprawa dotarła do bazy na lodowcu Godwin Austen pod Broad Peakiem.
Tomek Kowalski został odnaleziony 15 lipca po południu na górskiej grani, na wysokości ok. 7950 metrów n.p.m. Pochowany został 150 metrów niżej. Maciej Berbeka nie został odnaleziony.
- Hankę i Witka. W domu zawsze, kiedy przed wyjazdem wyjmuję z szafy tę moją ogromną torbę ze wspinaczkowym sprzętem, czuję, że ktoś łapie mnie z tyłu za nogi, czuję, że w ich głowach zaczyna się wielki niepokój. A ja ciągle wyjeżdżam. Wyprawy, GOPR-owskie szkolenia, dyżury w schronisku.
Więc kiedy zobaczył na telefonie, że dzwonił Jacek Berbeka, był zły. Nie mógł odebrać, bo był w górach, ale od razu wiedział, czuł przez skórę, czego może chcieć. Spisał na kartce za i przeciw. Przeciw było znacznie więcej - cholernie dużo. Przede wszystkim zagrożeń. Bo to nie jest zwykła wyprawa obliczona na zdobycie ośmiotysięcznego szczytu, po drodze na który czekają szczeliny, grożą lawiny, choroba wysokościowa, obrzęk płuc, mózgu… To wyprawa, na której wszystko się zacznie dopiero, kiedy tam wejdą.
Na wysokości, gdzie mogą być Maciek i Tomek, nikt przed nimi czegoś podobnego nie robił.
- Rozmawiałeś o tym z żoną? - pytam Jacka.
- Tak, ale ona wie, że ja nie owczarek podhalański. Mnie nie można uwiązać do budy.
- Boi się?
- Myślę, że się boi.
- Myślisz? Nie gadaliście o tym?
- O tym nie.
Krzysztof - Świetlista Ściana
Krzysztof Tarasewicz w bazie (Fot. Jacek Hugo-Bader)
Kończy się czwarty dzień wyczerpującej wędrówki po lodowcu Baltoro - jednym z najdłuższych na świecie.
To już ostatni biwak w drodze do bazy. Jesteśmy na wysokości 4300 metrów n.p.m., w Gore II. Ze wszystkich stron otaczają nas ostre jak samurajskie katany barbarzyńsko urodziwe szczyty. Za plecami groźna, granitowa baszta Trango Tower, z prawej brzytwa Maszerbruma, ale oczu nie można oderwać od piętrzącej się przed tobą oszałamiającej zachodniej ściany niemal ośmiotysięcznego Gaszerbruma IV. To trzy kilometry kamiennego luftu, pionu, który himalaiści nazwali Świetlistą Ścianą, bo kiedy zachodzi słońce, góra rozpala się cała żółto-czerwono-złotym ogniem.
W tym monumentalnym amfiteatrze rozgrywały się najpiękniejsze, najbardziej niezwykłe sceny z historii światowego himalaizmu, w których Polacy grali główne role.
- Tyś też tu był - mówię do Krzysztofa Tarasewicza z Gdańska, trzeciego himalaisty w naszym zespole.
- 18 lat temu Broad Peak był górą, na której przekroczyłem magiczną granicę ośmiu tysięcy metrów.
- Byłeś na szczycie? - pytam Krzysia.
- Byłem na siodełku, małej przełączce między Rocky Summit, czyli przedwierzchołkiem, i szczytem głównym. Wspinałem się w zespole z Waldkiem Soroką. I na tej przełączce spotkaliśmy Kanadyjczyka Gary’ego, który gwałtownie opadł z sił. Źle z nim było. Mój Waldek już drugi raz atakował tę górę, spojrzał mi głęboko w oczy, a ja bez słowa się odwróciłem i zająłem się Garym. Sprowadziłem go do obozu.
- Kurde! Byłeś 20-30 minut przed szczytem!
- Którego nie zdobyłem do tej pory.
Teraz będzie miał okazję, chociaż Krzyś wie, że nie jest w królewskiej, życiowej formie, ale kiedy w drodze na wierzchołek Broad Peaku nie znajdą tego, po co tutaj przyjechali, ruszą na szczyt. Jeśli będzie pogoda, czas i siły.
Ale na razie musimy dotrzeć do bazy. Jutro czeka nas dziesięć godzin marszu, 650 metrów do góry. Najpierw na Concordię, co po francusku i angielsku znaczy „zgoda”. Przeogromny, Boską ręką wytyczony plac, na którym, tak jak w Paryżu na placu Zgody zbiegają się główne arterie miasta, w Karakorum zlewa się w jeden sześć ogromnych lodowców.
Agnieszka - korona Polski
Agnieszka Korpal była narzeczoną Tomka. Wyjątkowo do siebie pasowali. On: wieloboje, ultramaratony, żeglarstwo, rajdy przygodowe, wspinaczka. Ona: rajdy przygodowe, biegi, rower. Na dwóch kółkach nawet Tomek nie mógł jej sprostać, a przecież był nie do zdarcia.
W lecie 2012 r. Agnieszka postanowiła zdobyć na rowerze najwyższe szczyty wszystkich 28 pasm górskich w Polsce. Podróż, która rozpoczynała się na Świętej Katarzynie w Górach Świętokrzyskich, a kończyła w Górach Izerskich, miała 1750 kilometrów. Zajęła jej 15 dni i 14 godzin, a tam, gdzie nie dało się jechać, prowadziła swój pojazd, albo - jak na Rysy - niosła na plecach.
Tomek namówił swoją dziewczynę, żeby zgłosiła rowerowy wyczyn do nagrody Kolosów. Jej prezentacja miała się odbyć na początku marca, ale Agnieszka nie wystąpiła przed publicznością. Dzień wcześniej Tomek został uznany za zmarłego.
- Te słowa w ogóle… - unosi się dziewczyna. - „Pochować”, „śmierć”, „zmarły”! Niedobrze mi się robi po prostu.
- Myślisz, że jest szansa, że go znajdą?
- Myślę, że jest. Ale bardzo się na to nie nastawiam. Nie chcę się znowu rozczarować.
Agnieszka milknie na długo.
- Z jednej strony chcę, żeby go znaleźli, ale z drugiej strony nie chcę, żeby go pochowali.
Część III - Baza
Maciej Berbeka (Fot. Anna Smaga)
Jacek - warianty pogrzebowe
Jacek Berbeka, kierownik wyprawy poszukiwawczej na Broad Peak, oraz Krzysztof Tarasewicz poznali się w grudniu 2006 roku na zimowej wyprawie na Nanga Parbat. Mieli razem zakładać obóz drugi na wysokości 6700 metrów, ale wielki blok skalny osunął się ze zbocza i zgruchotał Krzysztofowi rękę. Nie było mowy o dalszej drodze w górę ani nawet o wpięciu w linę i zjeździe na dół. Przyszła noc z 30-stopniowym mrozem, a oni tkwili w ścianie bez namiotu i śpiworów. To był najstraszniejszy biwak w życiu Krzyśka. Jacek przez całą noc nie pozwolił mu usnąć, bo sen oznacza śmierć. Okładał go, masował, by pobudzić krążenie, poił letnią wodą z topionego śniegu, a z pierwszymi promieniami porannego słońca przypiął partnera do liny i pomógł zjechać do obozu.
- Na takich wysokościach nie da się wziąć człowieka na plecy i znieść.
- Jasne, ale wystarczy przy nim być - mówi Jacek. - Złapać go za rękę, związać się liną, przejść dwa kroki, dwa następne, krzyczeć, poganiać, mówić, że już niedaleko, ciut-ciut… Musi wiedzieć, że się na niego czeka. Czasem wystarczy tylko kontakt wzrokowy.
Jacek Berbeka ma na koncie cztery ośmiotysięczniki, z których trzy zdobywa samotnie w stylu alpejskim. Polega on na tym, że wspinacz wędruje na szczyt bez wcześniejszego zakładania obozów, zatrzymuje się na odpoczynki i noclegi tam, gdzie potrzebuje. Gaszerbrum I Jacek zdobywa z partnerami, idąc nieprzerwanie 30 godzin z bazy na sam szczyt. Zawsze, nawet na Mount Evereście, wspina się bez butli tlenowej. Dwa razy z powodu załamania pogody nie udało się Jackowi zdobyć tej góry. A był bardzo blisko szczytu.
- Jaki teraz jest plan? - pytam Jacka.
- Mamy z rodziną Tomka Kowalskiego i moją ustalone, że nie zwozimy naszych chłopców do Polski. Zostają na tej górze, którą kochali. Moim marzeniem jest ściągnięcie ciał na sam dół, do podstawy Broad Peaku, żeby rodziny mogły sobie czasami tam dotrzeć i normalnie pobyć na grobie. Jeśli sytuacja i warunki pogodowe nie pozwolą, zabraknie siły, to pochowamy chłopaków w którejś z lodowych szczelin, które ciągną się poniżej przełęczy. Jeśli i to się nie uda, usuniemy chociaż ciała z drogi wspinaczkowej, ukryjemy je przed ludzkim wzrokiem.
Alicja - efekt placebo
Maciej Berbeka (Fot. PHZ)
Maciej Berbeka
W latach 80. należał do czołówki światowego himalaizmu. Miał za sobą lata tatrzańskiej i alpejskiej wspinaczki, a w Himalajach dwa pierwsze zimowe wejścia: na Manaslu (8156 m) i Czo Oju (8201 m).
Nic dziwnego, że w sezonie 87/88 został podporą narodowej zimowej wyprawy na K2. Niestety najtrudniejsza z gór nie ustąpiła, więc będący w bazie Berbeka i Alek Lwow namówili szefa wyprawy, by zaatakować bliski Broad Peak (8047 m).
6 marca 1988 roku Lwow i Berbeka wyruszyli do ataku. Do dziś krąży kilka wersji tego, co się tam stało. Żadna nie jest oficjalna. Dziś uznaje się, że Maćkowi do szczytu zabrakło kilkunastu metrów w pionie i jakieś 40 min, a to, na czym stał i skąd rozpoczął heroiczny odwrót, to minimalnie niższy Rocky Summit (8035 m), przedwierzchołek dość umownie wyróżniony w poszarpanej grani szczytowej." O Macieju Berbece pisze Wojciech Fusek
Ale by urządzić Maćkowi i Tomkowi himalajski pogrzeb, trzeba ich odszukać. Z relacji uczestników marcowej wyprawy wynika, że Maciek Berbeka prawdopodobnie wędrował całą noc i nad ranem wpadł do lodowej szczeliny poniżej przełęczy. Dokładnie taką samą relację zdaje mi Moshin Kaheng, pakistański kucharz zimowej wyprawy, który jako ostatni wcześnie rano widział z bazy światło jego latarki. Moshin jest kucharzem także na naszej wyprawie.
- Za to dość dokładnie wiemy, gdzie może być Tomek - mówi Ala Kowalska, jego matka. - Jeśli rano nie ruszył z biwaku, w którym spędził całą noc, to nie ma tam przestrzeni, żeby się zgubić. To bardzo wąska grań. I luft, przepaść z jednej i drugiej strony. Do Chin lub Pakistanu. Tomek był jedynym zdobywcą Broad Peaku, który po osiągnięciu szczytu łączył się radiowo z Krzysztofem Wielickim w bazie. Szef ekspedycji nagrywał na dyktafon większość rozmów radiowych z grupą szturmową. Z nagrań wiemy, że pierwszy raz Tomek zgłosił trudności już godzinę od rozpoczęcia odwrotu. Przez ten czas zdążył zejść zaledwie na niewielkie siodełko między szczytem głównym a przedwierzchołkiem, na którym 18 lat temu Krzysztof Tarasewicz rozpoczął odwrót z kanadyjskim wspinaczem. Do dziś trudno wytłumaczyć tak gwałtowną utratę sił. To może być pierwszy objaw choroby wysokościowej. Tomek mówił, że trudno mu się oddycha.
- I wtedy usłyszał od Wielickiego komunikat, który kompletnie go dobił, podciął mu skrzydła - mówi matka chłopaka. - Szef jego wyprawy powiedział, że musi iść, nie ustawać, walczyć, bo pozostali chłopcy są już pod przełęczą.
Akurat to nagranie jest bardzo wyraźne. Dokładnie słychać każde słowo Tomka.
Kopuła szczytowa K2 (Fot. Jacek Hugo-Bader)
- On nie mógł uwierzyć - mówi jego matka. - Krzyczał z rozpaczą: „Jak to? Są poniżej przełęczy?!”. Do mojego syna dotarło, że odległość między nim a pozostałymi jest ogromna. Jest absolutnie sam. I nikt po niego nie wróci. To wiedział na pewno. Zostawili go! Wtedy Wielicki popełnia drugi kardynalny błąd.
Dzięki teleobiektywowi widać nawet postaci zbliżające się do przełęczy (Fot. Jacek Hugo-Bader)
Tomek prosi doświadczonego kolegę o fachową radę, pomoc, jakiś lek, ale Wielicki nic nie zaleca. A powinien kazać połknąć z apteczki cokolwiek. Przecież jest coś takiego jak efekt placebo. Jak on mógł powiedzieć: „Nie bierz, chłopie, nic, bo nic ci nie jest”?
Jacek - między ścianami
Przed czwartym wyjściem z bazy Jacków Berbeki i Jawienia na ścianę Broad Peaku, a więc przed atakiem szczytowym, mamy już zlokalizowanego jednego z poszukiwanych himalaistów. Informacja pochodzi od młodego niemieckiego wspinacza, pierwszego zdobywcy góry w sezonie letnim, z którym minąłem się na linie poręczowej w okolicy obozu pierwszego. Chłopak powiedział mi, że powyżej przełęczy natrafił na ciało alpinisty, ale nie wie, czy to był młody, czy starszy mężczyzna, bo głowę ma schowaną w ramionach. Leży, a w zasadzie wisi w małym skalnym kominku przypięty do starej liny poręczowej między kamiennymi ściankami.
Zrobił mu zdjęcie. Po sprzęcie, a konkretnie po uprzęży i rakach, rozpoznajemy, że to jest na sto procent Tomek Kowalski. Jeden rak nie jest przypięty, wisi na pasku przy bucie.
- Najgorsze jest to - mówi Jacek Berbeka - że Tomek jest w takim miejscu, że nie można go ominąć. Lina poręczowa wchodzi pod niego, każdy, kto chce wejść na szczyt, musi na niego nadepnąć. Ten Niemiec stanął na Tomka buciorem uzbrojonym w raki. Musimy go stamtąd zabrać
Część IV - Wycof
Adam Bielecki
Fot. PHZ
Adam - powrót z wojny
- Psycholog, himalaista, podróżnik - przedstawił się.
- Z czego żyjesz? - ja na to.
- Z chodzenia po górach.
- Ja myślałem, że na to wydaje się pieniądze.
- Przez wiele lat tak, ale w pewnym momencie zaczyna to przynosić dochód.
- A na Tomka Kowalskiego patrzyłem jak na siebie sprzed dwóch lat, kiedy tak jak on dostałem nagle szansę na wyprawę swojego życia. To niezwykłe, jak systematycznie i rozsądnie podchodził do swoich szalonych planów.
Zimowa wspinaczka to przede wszystkim czekanie na poprawę pogody. Himalaiści czytają, grają w szachy, rozwiązują krzyżówki, zabijają czas, a Tomek pisze kolejny biznesplan, regulamin hostelu, który niedawno założył z koleżanką.
- Dużo śmierci górskich widziałeś? - pytam Adama.
- Tak. Od wielu lat śmierć jest obok mnie. Mój pierwszy przyjaciel zginął w górach, trzech dobrych kumpli, do tego na czterech ostatnich wyprawach, w których brałem udział, ktoś ginął. Trochę mnie to przygniata. Mam dopiero 30 lat, a czuję się, jakbym przeżył wojnę.
Adam uważa siebie za przedstawiciela alpinizmu romantycznego, dla którego najważniejsze jest partnerstwo, braterstwo liny, solidarność i koleżeństwo.
Jacek Berbeka nie odnalazł ciała brata. W dniu, kiedy poszukiwacze dotarli w strefę szczelin pod przełęczą, była fatalna pogoda, więc nie sposób było spenetrować każdej z nich. Było 31 stopni mrozu, a więc zimniej niż wtedy, kiedy w marcu zdobywcy schodzili ze szczytu. I wiała straszna wichura, której tamci nie mieli. Do jednej ze szczelin prowadziła lina poręczowa, ale nie przeskakiwała nad nią, jak powinna, tylko nurkowała w czeluść lodowca. Była obciążona. Ale nie dało się zajrzeć w głąb. Po sześciu godzinach morderczych zmagań z górą, pogodą, wysokością, czasem i Tomkiem Kowalskim poszukiwacze mogli ratować już tylko siebie.
Tomek - trochę szalony
Fot. Archiwum prywatne
Dla Tomka Kowalskiego udział w zimowej wyprawie to była kolejna przygoda życia, bardzo go podniecało, że będzie miał okazję pisać kolejny rozdział historii światowego himalaizmu z takimi tuzami jak Krzysztof Wielicki i Maciek Berbeka. „Czuję się tak, jakbym był jakimś młodym gitarzystą z początkującego zespołu i zagrał razem z Mickiem Jaggerem i Rolling Stonesami na pełnym stadionie Wembley” - pisał na blogu.
Umiał świetnie pisać. I się wspinać. Jemu i Wielickiemu udała się sztuka, by zdobyć w zimie ośmiotysięczną górę, wcześniej nigdy nie będąc na takiej wysokości.
- Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty - mawiał do kamery, stojąc na zdobywanych przez siebie górach. Filmowanie to była kolejna jego namiętność. Stawał na szczycie i robił „słit focie z rąsi”.
Kilka ostatnich lat mieszkał i pracował w Poznaniu, gdzie na Uniwersytecie Adama Mickiewicza ukończył Wydział Turystyki i Rekreacji. Razem z koleżanką założył hostel i firmę podróżniczą Poco Loco, co po hiszpańsku znaczy „trochę szalony”.
Tuż przed wyjazdem na Broad Peak Tomek był u rodziców w Dąbrowie Górniczej. Uspokajał ich, że to nie jest taka groźna góra.
Tomek z rodzicami (Fot. Archiwum rodzinne)
- Mało lawin, mało szczelin, szybki wycof - mówił, a paradoks jest taki, że jeden ze zdobywców zginął w szczelinie, a drugiemu zabrakło czasu na „wycof”, czyli na zejście.
Wierzę w szczęśliwe zakończenia - pisał na blogu. - Uważam, że życie polega na spełnianiu marzeń. Swoich i cudzych. No risk, no fun.
Nie ma ryzyka - nie ma radochy.
Część V - Epilog
Tablica poświęcona pamięci Macieja Berbeki i Tomka Kowalskiego została ufundowana przez rodziny obu himalaistów. Autorem projektu jest Stanisław Berbeka, syn Maćka. Tablica została zawieszona u stóp K2, na kopcu Gilkeya, symbolicznym cmentarzysku wspinaczy poległych w Karakorum.
Koordynacja projektu: Michał Prysłopski
Realizacja: Aleksander Deryło, Katarzyna Jaklewicz, Elżbieta Ruebenbauer, Jakub Szestowicki, Maria Tomaszewska-Chyczewska, Anna Wagner, Ewa Wieczorek
Na początku 2014 r. nakładem wydawnictwa Znak ukaże się książka Jacka Hugo-Badera o wyprawie na Broad Peaka pod tytułem „Długi film o miłości” oraz film dokumentalny pod tym samym tytułem